O tym jak chciałam żyć zbyt intensywnie

Zapełniając swój kalendarz kolejnymi planami byłam w euforii, że po wielu miesiącach zamknięcia i odcięcia nas od ludzi w końcu możemy odetchnąć. Choć na chwilę. Małe wyjazdy, dużo spontanicznych spotkań, jeszcze więcej rozmów, zabawy i muzyki. Taka totalna radość i korzystanie z pięknego lata i wszystkiego, co towarzysko oferuje kolorowe miasto.

A później przyszedł moment kiedy nie mogłam się skupić, moja kreatywność była gdzieś na dnie jakiejś ciemnej otchłani, nie mogłam spać, a jak już zasnęłam to mogłabym spać kilkanaście godzin pod rząd. Ból całego ciała i zero energii. Jakaś niewiarygodna ociężałość, szara skóra. Zero blasku.

W momencie kiedy poczułam, że jestem na fali dopadło mnie przebodźcowanie. Chcąc nadrobić czas spędzony na lockdownie niespostrzeżenie zgubiłam się gdzieś w tym intensywnym życiu. Zapędziłam się. Byłam może zbyt łapczywa. Do tego przecież dochodzi normalny rytm dnia czyli praca, którą w moim przypadku można określić jako kilka etatów, życie codzienne, rodzinne i wszystkie inne te przyziemne sprawy.

Ciągłe staranie się nie wypaść z rytmu i nadążenie za szybkim życiem we Wrocławiu i nie tylko wywołało silny lęk przed tym, że ostatecznie i tak coś mnie ciągle omija. Próby nie dopuszczenia do tego były nieudane, bo przecież nie da się być w kilku miejscach na raz. Przez to, mimo wspaniale spędzanego czasu, czułam coś na wzór smutku.

Jestem idealnym przykładem na to, że będąc ekstrawertyczką można też być introwertyczką. Lubię ludzi, jestem ich szalenie ciekawa, kocham z nimi rozmawiać. Energia miasta mnie napędza, dni wypełnione co do godziny różnymi zajęciami dają mi poczucie satysfakcji. Jednak w tym wszystkim muszę, po prostu muszę mieć dni kiedy zamykam się sama w moich czterech ścianach. Z ciszą, bez żadnych komunikatów, krzyczących social mediów, wrażeń i fajerwerków.

Tym razem jednak to zaniedbałam. Pomyślałam, że przecież przyjdzie na to czas. Jesienią lub zimą kiedy to z przyjemnością zaszyję się w ciepłym mieszkaniu i wtedy będzie to moment na wyciszenie. Niestety mój organizm stwierdził, że to zły pomysł i on najzwyczajniej do jesieni nie wytrzyma. Zaciągnął hamulec. W tej sytuacji nie miałam wyjścia. Na oparach dokończyłam zobowiązania i znalazłam w kalendarzu małą lukę na odpoczynek. Wartościowy odpoczynek. Na złapanie oddechu przed kolejną falą towarzysko – rozrywkowych uniesień.

Ten jeden raz chciałam zagłuszyć głos organizmu, on jednak nie dał się przechytrzyć. Marazm, w który popadłam był dla mnie bardzo silnym komunikatem, że w tym wszystkim muszę jednak pamiętać o sobie i o tym, że do podładowania swoich baterii potrzebne jest odcięcie się od dosłownie wszystkiego. Od wibrującego nieustannie telefonu, od tych wszystkich zdjęć, filmików, dźwięków, rozmów. I na moment schowanie się w swojej bezpiecznej skorupie, po to by wyrównać oddech. Patrzeć w niebo, czuć pod stopami trawę i słyszeć wyłącznie ciszę.

Ściskam,
Alicja

PODOBA CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Share on facebook
Share on twitter

Sprawdź moje inne wpisy

ZOSTAW KOMENTARZ

Alicja Janik