A gdyby tak w końcu pokolorować tą szarą rzeczywistość?

Przypomnijcie sobie wszystkie small talk’ie z dalszymi i bliższymi znajomymi. Co odpowiadacie na proste „co słychać?”. Po staremu, nic nowego, stara bida, a jakoś leci… Nigdy lub bardzo rzadko ożywiacie się i z entuzjazmem opowiadacie o sukcesach, o tym dokąd ostatnio podróżowaliście lub o tym co wspaniałego Was spotkało. Po części dlatego, że nie chcecie się chwalić kiedy w odpowiedzi na to samo pytanie słyszycie ciężkie westchnięcie i listę narzekań na pracę, męża, dzieci i wiele innych. Po części także dlatego, że nawet jeśli coś dobrego dzieje się w Waszym życiu to lepiej nie zapeszać. Nie chwalić dnia przed zachodem słońca, bo przecież jeszcze tyle rzeczy może się wysypać. Może dzieje się też tak, że faktycznie nie dostrzegacie tego, że Wasze życie to nie tylko szara rzeczywistość.

Bo to, że życie to nie tylko szara rzeczywistość wiem na pewno. Każdy z nas ma wzloty i upadki. Każdy musi chodzić do pracy, zarabiać pieniądze, płacić rachunki, zderzać się z trudnymi i smutnymi wydarzeniami. Część z Was musi się zmagać z obowiązkami dotyczącymi dzieci czy innymi rodzinnymi zobowiązaniami. I tak samo każdy z nas ma wiele pięknych chwil, co najmniej trzysta sześćdziesiąt pięć razy w ciągu roku.

Często powtarzam, że w życiu chcę fajerwerków i szampana. Czyli chcę codziennych uniesień, wyjątkowości, magii i czegoś więcej niż nudnej pracy od 8 do 16 i wieczorów przed telewizorem. Podobno mówię tak od zawsze. Mówiłam tak wtedy, kiedy mieszkałam w maleńkiej wsi i kończyłam liceum. Kiedy mijał mi kolejny rok w toksycznej pracy. Kiedy płakałam z bezsilności mając pięć złotych w portfelu. Kiedy miałam złamane serce i czułam się samotna. Nie oznacza to jednak, że marzę o kolacji z widokiem na Wieżę Eiffla i diamentowym naszyjniku. Bo dla mnie tą wyjątkowością będzie praca, która jest pasją, wieczór z koleżankami czy piknik w parku.

Szara codzienność. Szczerze nie znoszę tego określenia, bo sprawia, że na cud jakim jest życie patrzymy jak na przykry obowiązek. A każdy dzień odbieramy jako kolejną rzecz do odbębnienia z „byle do wieczora” na ustach. Zamiast budzić się z uśmiechem i wdzięcznością za doświadczenie kolejnego dnia często zaczynamy od przekleństwa i zwlekania się z trudem z łóżka. A przecież każdego dnia otaczamy się pięknem, wspaniałymi ludźmi i miłymi sytuacjami. Wystarczy je dostrzec.

Ja już postanowiłam, choć musiałam do tego dojrzeć. Musiałam spędzić wieeleeee dni na użalaniu się nad sobą, na narzekaniu na wszystko, na zamartwianiu na zapas i przejmowaniu tym, czego zupełnie tego nie wymagało. Wszystko po to, by zrozumieć, że właśnie tak tracę to życie. Tracę każdy, poszczególny, pojedynczy dzień. Wkurzałam się na mokre od deszczu włosy, zamiast zacząć w nim tańczyć. Piąty rok z rzędu wkurzałam się na szefową zamiast zmienić pracę lub chociaż popracować nad relacją z nią. Wkurzałam się na płytkie znajomości zamiast otworzyć się na drugą osobę. Wkurzałam się na mroźną zimę, zbyt gorące lato i nudny weekend. Oczywiście o to wszystko obwiniałam cały świat, ale absolutnie nie siebie. Chociaż kiedy zaczęłam obwiniać siebie to było jeszcze gorzej bo w tym beznadziejnym świecie byłam beznadziejna ja. Aż przyszedł moment kiedy powiedziałam dość! Chcę mieć super życie, obsypane brokatem i uśmiechniętych ludzi obok, którzy razem ze mną będą tańczyć w tym deszczu. Czy ta zmiana, która zaznaczam wciąż trwa, jest trudna? Oczywiście. Ale czy jest tego wszystkiego warta? BARDZO!

Piszę o tym, bo ta myśl naszła mnie podczas muzycznego festiwalu w Chorzowie i nie wychodzi mi z głowy. Czas jaki tam spędziłam był definicją życia jakiego pragnę. Była wspaniała muzyka, dużo słońca i jeszcze więcej kolorowych, uśmiechniętych i otwartych ludzi. Miałam kwiatki we włosach, różowe futro, okulary w kształcie serc i cekiny. Po czterech dniach fruwania ponad ziemią wróciłam i zostałam przygnieciona zaległymi obowiązkami, deadlinami, budzikiem o nienormalnej godzinie i chmurami za oknem. I znów musiałam powiedzieć stop. Nie chcę mieć w sobie tej tęsknoty za szaleństwem i wolnością przez cały rok, od festiwalu do festiwalu. Dlatego ten cały brokat i kolorowe futro zabieram ze sobą. Do mojej codzienności, która już nie jest szara.

Mówi się, że powinniśmy być energią, którą chcemy odbierać. Że inni ludzie są naszym odbiciem. A ja chcę widzieć uśmiechy, pozytywne nastawienie, nawet jeśli życie wystawia nas na próbę. Chcę się bawić, pić szampana i oglądać fajerwerki. Codziennie. Wyciskać z tego życia ile się da, bo to jest jedyna niepewna na tym świecie.

ściskam,
Alicja

PODOBA CI SIĘ TEN ARTYKUŁ?

Share on facebook
Share on twitter

Sprawdź moje inne wpisy

ZOSTAW KOMENTARZ

Alicja Janik